Obserwatorzy

środa, 19 grudnia 2012

"Moje rzymskie wakacje" Kristin Harmel

Tydzień w Rzymie, to był mój plan na sierpień tego roku. Lecz aby się tam dostać, musiałam pojechać do Poznania, co oznaczało 8 (słownie: osiem) godzin w pociągu. Poszłam więc do EMPIKU, stanęłam przed półką z książkami w formacie kieszonkowym i od razu rzuciły mi się w oczy "Moje rzymskie wakacje" :D


Wszyscy kojarzą pewnie film z Audrey Hepburn pt. "Rzymskie wakacje" i rzeczywiście historia z książki nawiązuje do fabuły filmu.
Cat to 30 letnia dziewczyna, pracująca w korporacji w Nowym Jorku. Pewnego dnia, po przejściu małych problemów, postanawia wyjechać do Rzymu i odszukać swoją dawną miłość. Niestety, niegdyś uroczy Francesco, okazuje się być zupełnie inną osobą, niż Cat przypuszczała. Wydawałoby się, że plan spędzenia miło czasu nie powiódł się, ale okazuje się, że jednak te wakacje mogą być udane.
Książka zawiera mnóstwo opisów miasta. Nawet osoba, która nigdy w Wiecznym Mieście nie była, łatwo może sobie wyobrazić wszystkie miejsca, w których znalazła się bohaterka. Książkę śmiało można też potraktować, jak przewodnik po Rzymie, mnie bardzo miło się zwiedzało miasto po przeczytaniu książki. Stojąc na moście pod zamkiem świętego Anioła, czułam się jak Cat, która miała tam randkę :D Bardzo spodobało mi się także to, iż autorka umieściła na końcu książki potrawy, które jadali, bądź przygotowywali bohaterzy. To jedyne plusy, bo całość  powieści jest dosyć nudna, a na pewno przewidywalna. Ale za to ładna okładka i niska cena :D




Usta prawdy. Bohaterka książki tam również była, mnie się nie udało  :D

Muszę obejrzeć ten film!

6 komentarzy:

  1. Hmmm. Brzmi fajnie, ale skoro mówisz, że nie było ciekawe XD... Lubię opis miejsc *___* wtedy to tak wciąga i tak cudownie jest sobie takie miejsce wyobrazić.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zaciekawiłaś mnie, chyba przeczytam:)

    OdpowiedzUsuń
  3. tez moze film obejrze,albo ksiazke?:D

    OdpowiedzUsuń
  4. No, bo widzisz, niby nie wierzyłam w to, że dzisiaj ten koniec świata ma być, ale jak przyszło co do czego... Jak zobaczyliśmy, że nie ma prądu, to zaraz pomyślałam, że jest to przemieszczenie biegunów Ziemi, czy co to tam miało być, a co bardzo lansowali jako domniemany symptom końca świata. Po prostu się przeraziłam, ale jest prawie 19.00 i żyję, więc alarm był fałszywy:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Pewnie będzie ciekawy. :)
    Zapraszam w wolnej chwili. :)

    OdpowiedzUsuń